Canes of Karabakh LP (winyl)
119.90 PLN
Wprost od Pawła Bartnika, który współtworzy Canes of Karabakh zdobyliśmy dla Was kilka sztuk tej wyjątkowej płyty.
„Canes of Karabakh” to debiutancki album polskiego projektu muzycznego o tej samej nazwie, poruszającego się na styku avant-folku, post-rocka i muzyki eksperymentalnej. W centrum tej opowieści znajduje się duduk – starożytny instrument dęty, którego głos jest jednocześnie miękki, ludzki i pierwotny. Płyta ukazała się 25 stycznia 2026 roku nakładem Ośrodka Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych ROZDROŻA.
Canes of Karabakh to zespół Stanisława Matysa (duduk), Olgierda Dokalskiego (flugelhorn, SFX) i Pawła Bartnika (elektronika). Powołanie projektu wiąże się z bardzo konkretnym doświadczeniem dudukisty…
…Matys gry na duduku uczy się od zaprzyjaźnionego Ormianina Nareka. Narek regularnie dostarcza Matysowi stroiki do instrumentu. Stroiki, zwące się po armeńsku gamish, wykonywane są z trzciny. Najlepszy materiał stanowią trzciny pochodzące z Górskiego Karabachu. Z tamtejszych roślin wytwarza się stroiki średnie i twarde, cechujące się piękną, pełną barwą. Pewnego dnia Matys dowiaduje się od Nareka, że stroiki podrożały dwukrotnie, z 25 do 50 euro. Jest to efekt przegranej przez Armenię wojny o Górski Karabach. Sytuacja ta wzbudza w nas, muzykach z Polski, którzy sięgnęli po brzmienie duduka, poczucie zakłopotania. Raz, że czerpiemy z tradycji zagrożonej, a przy tym bezwzględnie zakorzenionej w konkretnym miejscu, w jego ludziach, pejzażach, przyrodzie. Dwa – nas na te stroiki stać, wielu Ormian już niekoniecznie. Ze zdwojoną siłą dostrzegamy, jak bardzo niedostępna czy też pozornie dostępna jest nam tamtejsza kultura. Stanowi to asumpt do rozważań, w jakim wymiarze (i czy w ogóle) mamy prawo korzystać z tej Tradycji – tak, by jej nie naruszyć i nie profanować.
Zależy nam, by Canes of Karabakh były skromnym, muzycznym odnotowaniem/zwróceniem uwagi, z jakiej kruchości wyrasta potęga duduka – instrumentu o grubo ponad tysiącletniej historii. Celowo nie sięgamy po tradycyjne melodie, mając poczucie ich wielkiej wagi, której nie jesteśmy w stanie należycie oddać. Skupiamy się zaledwie na brzmieniu duduka skorelowanego z brzmieniem trąbki. Właśnie te brzmienie jest tematem naszych muzycznych działań.
Utwory:
1. Ghamish – The Place 05:10
2. Sevan, the Wild Cane 03:50
3. The Birth Of Breath 02:40
4. Prunus Armeniaca 05:16
5. His Sister, Anahit 00:57
6. Stories 07:09
7. Narine 02:39
8. Ghamish – the Grief 04:19
9. Lachin Corridor 02:40
10. Postcard with Love 01:10
Canes of Karabakh are Stanisław Matys, Paweł Bartnik, Olgierd Dokalski.
Recording, production, mixing by Paweł Bartnik
Produced by Grzegorz Paluch
Published by Crossroads Centre
Cover art & design by Piotr „Zealot” Marzec
– – – – – – – – – – – – – O PŁYCIE: GRZEGORZ PALUCH – – – – – – – – – – – – – – –
Oddychaj…
Są takie dźwięki, które nie chcą być tylko muzyką. Wydobywają się z głębi powietrza, jakby pamiętały czasy, gdy oddech był jeszcze modlitwą, a cisza – przestrzenią, w której rodzi się sens. Trzciny Karabachu należą do tego rodzaju zjawisk – to doświadczenie: powolne zanurzanie się w materii dźwięku, który nie dąży do formy, lecz rozprasza się w czasie, niczym zapach, który długo jeszcze trwa, choć już go nie ma.
Duduk – antyczny instrument z ciała trzciny i oddechu – staje się tu przewodnikiem po niezmierzonych przestrzeniach. Nie tych z map, lecz tych, które otwierają się w człowieku, gdy przestaje on walczyć z ciszą. Jego głos jest miękki, niemal ludzki, a jednak w jakiś sposób bardziej pierwotny niż ludzkie słowo. Niesie w sobie pamięć o świecie sprzed rozróżnień, o czasie, w którym każdy dźwięk był jeszcze echem natury, nie kompozycją.
W tym pejzażu elektronika nie jest przeciwieństwem instrumentu, lecz jego dopełnieniem – jak echo, które dopowiada to, czego sam duduk nie zdołał wyszeptać. W ich współbrzmieniu rodzi się coś na kształt dialogu między przeszłością a przyszłością, między oddechem a maszyną, między żywym i wytworzonym. To muzyka, która nie rości sobie prawa do emocji – one pojawiają się same, jak mgła nad rzeką o świcie.
Słuchanie Trzcin Karabachu jest jak powolne wspinanie się po zboczu, gdzie każdy krok staje się coraz bardziej medytacyjny, coraz bardziej świadomy ciężaru i lekkości istnienia. W pewnym momencie nie wiadomo już, czy to dźwięk trwa w nas, czy my w dźwięku. Wrażenie przypomina ten subtelny stan, gdy tuż przed snem ciało zapomina o swoim ciężarze, a myśl płynie dalej, wolna, przez chwilę niepodległa.
To muzyka, która nie szuka katharsis, lecz pozwala trwać w zawieszeniu. W półśnie, w półmilczeniu, między światem a jego odbiciem. Jakby horyzont przestał być linią w oddali, a stał się miejscem spotkania – ziemi i nieba, przeszłości i teraźniejszości, człowieka i oddechu.
W tym wszystkim duduk wiernie prowadzi odbiorcę. Z jego trzcinowego ciała wypływa oddech, który niesie w sobie coś z ziemi i coś z nieskończoności. On wie, że każda podróż jest powrotem – do źródła dźwięku, do tchu, do początku. I że w tym jednym, niepozornym drgnieniu powietrza zawiera się cała historia świata.
credits











